Śmiał się, gdy matka mówiła: „Zabiliście nam dziecko”. Sebastian M. i jego „kontakty na górze” – czy w Polsce 2026 roku sprawiedliwość jest na sprzedaż?

84035bf7692ece8b6c21a231851d5711

Siedzi w areszcie śledczym w Piotrkowie Trybunalskim. Ma telefon. Dzwoni ktoś nieznany i mówi spokojnie:

„Jesteś czysty. Wychodzisz na wolność, koniec kropka.”

Tymczasem na sali sądowej matka spalonej żywcem Martyny płacze:

„Naszym domem jest teraz cmentarz. Jesteśmy tam rano, w południe, wieczorem… nawet w nocy, kiedy nie możemy spać.”

A Sebastian M. i jego siostra… wybuchają śmiechem. Sędzia Renata Folkman wybałusza oczy ze zdumienia. Matka ofiary nie wytrzymuje i zakrywa uszy dłońmi.

To nie jest plotka z internetu. To są fakty z procesu, który toczy się przed Sądem Rejonowym w Piotrkowie Trybunalskim.

Dwa światy polskiej sprawiedliwości

16 września 2023 roku Sebastian M. (35 l.), syn biznesmena z koneksjami polsko-niemieckimi, pędził swoim mocno zmodyfikowanym BMW z prędkością 315–330 km/h. Uderzył od tyłu w Kia Proceed, w której wracała z wakacji nad morzem zwykła rodzina z Myszkowa: Patryk (†39), Martyna (†37) i ich 5-letni synek Oliwier (†5). Samochód wbił się w bariery i stanął w ogniu. Cała trójka spłonęła żywcem.

Sebastian M. wyszedł z wypadku bez szwanku. Zamiast zostać na miejscu, uciekł do Dubaju. Został zatrzymany i ekstradowany dopiero w maju 2025 roku. Od tamtej pory konsekwentnie nie przyznaje się do winy.

Jego strategia obrony jest równie szokująca, co bezczelna:

Najpierw ucieczka za granicę („Nie czułem się winny”).

Potem prywatna ekspertyza, która próbuje zrzucić winę na zmarłych – sugerując, że kierowca Kii jechał na kole dojazdowym i miał alkohol we krwi (choć prokuratura udowodniła, że to alkohol endogenny powstały po śmierci w pożarze).

A teraz – próby „wydobycia” z aresztu za pomocą kontaktów na górze.

W areszcie śledczym w Piotrkowie (wrzesień 2025) Sebastian M. prowadził rozmowę telefoniczną z matką. Nagle słuchawkę przejął nieznany mężczyzna i zapewnił: dokumenty podpisane, minister sprawiedliwości wie, dyplomata już interweniuje – „jesteś wolny”. Po tej rozmowie dyrektor aresztu natychmiast cofnął mu prawo do telefonów. Sprawa trafiła do prokuratury w Szczecinie – ale służby podobno „umywają ręce”.

Sąd przedłużył areszt tymczasowy do 1 października 2026 roku. Obrona wnioskowała o dozór policyjny i poręczenie majątkowe. Bez skutku. Na razie.

Kiedy zwykły kierowca idzie siedzieć od razu…

Zwykły kierowca, który spowoduje wypadek po alkoholu – trafia za kratki natychmiast.

Syn biznesmena, który gna autostradą z prędkością samolotu, zabija całą rodzinę (w tym dziecko), ucieka za granicę, a potem śmieje się z bólu matek na sali sądowej – system nagle staje się „skomplikowany”, „wymaga dodatkowych opinii” i „kontaktów”.

Rodziny ofiar mówią wprost:

„Zniszczyliście nam życie, którego nic już nie odbuduje. Naszym domem jest teraz cmentarz.”

A na sali sądowej słyszą ironię, uśmieszki i głośny śmiech. To nie jest zwykła linia obrony. To jest poczucie bezkarności człowieka, który wie, że ma pieniądze, prawników i prawdopodobnie dojścia „na górze”.

Symbol gnijącego systemu

Ta sprawa przestała być tylko tragicznym wypadkiem drogowym. Stała się symbolem tego, co najbardziej boli Polaków w 2026 roku:

dwu torowej sprawiedliwości.

Dla jednych – paragraf i natychmiastowa odpowiedzialność.

Dla drugich – prywatne ekspertyzy, kontakty, telefony w areszcie i nadzieja, że „coś się załatwi”.

Ile jeszcze takich „kontaktów” będzie? Ile miesięcy musi minąć, zanim rodziny ofiar usłyszą wyrok? I czy ten wyrok – nawet jeśli zapadnie – będzie sprawiedliwy, skoro maksymalna kara za spowodowanie śmierci trzech osób (w tym dziecka) wynosi zaledwie 8 lat?