Matka Roberta załamana po tragedii w Wielkich Oczach: „Jak można tak skrzywdzić człowieka?”

84035bf7692ece8b6c21a231851d5711

— Jak można tak skrzywdzić człowieka? — mówi ze łzami w oczach pani Janina. Przed nią jeszcze ostatnie pożegnanie syna. Wcześniej musiała jednak zmierzyć się z widokiem, który na zawsze pozostanie w jej pamięci.

W Wielkich Oczach rozegrał się dramat, który wstrząsnął całą miejscowością. Na zdjęciu: pani Janina i jej zamordowany syn Robert M.

W niewielkiej miejscowości Wielkie Oczy na Podkarpaciu doszło do dramatycznych wydarzeń, które zakończyły się śmiercią 45-letniego Roberta M. W sprawie zatrzymano dwóch 17-latków, którzy usłyszeli zarzuty zabójstwa.

Sprawa poruszyła lokalną społeczność, a jej szczegóły wciąż budzą ogromne emocje.

„Robcio” był dla matki wszystkim

Dla mieszkańców był po prostu „Robcio”. Człowiek spokojny, pomocny i znany w okolicy.

Utrzymywał się z prac dorywczych — pomagał przy różnych zajęciach, wykonywał drobne naprawy, wspierał sąsiadów w codziennych obowiązkach.

Najważniejszą osobą w jego życiu była jednak 71-letnia matka, pani Janina. Mieszkali razem, a syn był dla niej codziennym wsparciem — pomagał w zakupach, pilnował leków i troszczył się o jej zdrowie.

— Pomagał mi we wszystkim. Był przy mnie każdego dnia. Nie wiem, jak teraz sobie poradzę — mówi kobieta.

Pani Janina straciła syna, który był dla niej największym wsparciem.

Przyszli po pieniądze. Chwilę później doszło do tragedii

Z relacji pani Janiny wynika, że w dniu zdarzenia do jej domu przyszło dwóch młodych mężczyzn.

Mieli żądać pieniędzy, jednak kobieta odmówiła. Po krótkiej rozmowie oddalili się, a następnie — jak wynika z ustaleń — zaczęli szukać jej syna.

Krótko później wydarzenia przybrały dramatyczny obrót.

Kilka ulic dalej interweniowały służby

Po pewnym czasie ktoś poinformował panią Janinę, że kilka ulic dalej znajduje się karetka pogotowia, a jej syn potrzebuje pomocy.

Robert M. został odnaleziony w ciężkim stanie w domu kobiety, którą znał i której wcześniej pomagał. Tego dnia miał jedynie wykonać dla niej drobną przysługę.

Pomoc została wezwana na miejsce przez właścicielkę domu. Sprawcy oddalili się przed przyjazdem służb.

Przy tej ulicy doszło do tragedii.

Zatrzymanie podejrzanych

W krótkim czasie zatrzymano dwóch 17-latków. Według ustaleń, w chwili zatrzymania znajdowali się pod wpływem alkoholu.

Obaj zostali doprowadzeni do prokuratury, gdzie usłyszeli zarzuty zabójstwa.

Z informacji przekazanych przez śledczych wynika, że nie przyznali się do winy i złożyli wyjaśnienia, które będą weryfikowane w toku postępowania.

Stan zdrowia i śmierć 45-latka

Mężczyzna trafił do szpitala w stanie ciężkim. Pomimo wysiłków lekarzy, jego życia nie udało się uratować. Zmarł następnego dnia, 31 marca.

Śledczy informują, że doznał poważnych obrażeń. Szczegółowe okoliczności zdarzenia oraz jego przebieg są obecnie przedmiotem postępowania.

To zdjęcie Roberta M. z jednej z rodzinnych uroczystości sprzed lat. Z czasu, kiedy wszyscy jeszcze byli razem.

Śledztwo w toku

Prokuratura prowadzi intensywne czynności mające na celu wyjaśnienie wszystkich okoliczności sprawy.

Analizowane są m.in. zeznania świadków, materiały dowodowe oraz przebieg zdarzeń poprzedzających tragedię.

Nie wyklucza się powołania dodatkowych biegłych.

Na 2 kwietnia zaplanowano posiedzenie sądu w sprawie zastosowania tymczasowego aresztu wobec podejrzanych.

Podejrzani: niedawno osiągnęli pełnoletność karną

Zatrzymani to dwaj 17-latkowie — jeden z Wielkich Oczu, drugi z pobliskiego Lubaczowa.

Jak wskazują mieszkańcy, pochodzą z rodzin, które wcześniej nie były kojarzone z poważnymi problemami.

Warto jednak zauważyć, że niedawno osiągnęli wiek, w którym za najcięższe przestępstwa mogą odpowiadać jak dorośli.

Według nieoficjalnych informacji, przynajmniej jeden z nich był wcześniej notowany jako nieletni.

Wielkie Oczy to niewielka miejscowość na Podkarpaciu. Po tragedii z 30 marca o tej sprawie mówi tam niemal każdy.

Społeczność w szoku

W niewielkiej miejscowości wydarzenia te wywołały ogromne poruszenie.

Mieszkańcy mówią o poczuciu niedowierzania i strachu.

— To coś, czego nikt się tutaj nie spodziewał — mówią.

„Mnie już nikt syna nie odda”

Najbardziej przejmujący pozostaje jednak głos matki.

Pani Janina straciła jedyne oparcie i osobę, która pomagała jej w codziennym życiu.

— Chcę tylko, żeby za to odpowiedzieli. Bo mnie już nikt syna nie odda — mówi.

Sprawa pozostaje w toku. O jej dalszym przebiegu zdecydują kolejne ustalenia śledczych oraz decyzje sądu.

Na co dzień to spokojne miejsce. Po śmierci Roberta M. mieszkańcy próbują zrozumieć, jak mogło dojść do tak brutalnej zbrodni.