Żołnierz WOT z prorosyjskim sercem. Jak system dopuścił, by ktoś taki nosił polski mundur?

84035bf7692ece8b6c21a231851d5711

Szeregowy Jarosław K. przez dwa lata służył w 12. Wielkopolskiej Brygadzie Obrony Terytorialnej. Uchodził za zdyscyplinowanego, uczynnego i koleżeńskiego. Nie narzekał, wykonywał rozkazy. Ale – jak wynika z nieoficjalnych informacji – nie błyszczał umiejętnościami wojskowymi. Został radiooperatorem.

30 marca 2026 roku funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wprowadzili go w kajdankach do prokuratury. Zarzut: szpiegostwo na rzecz obcego wywiadu – najprawdopodobniej rosyjskiego. Wojskowa prokuratura postawiła mu zarzuty z art. 130 § 1 i § 5 Kodeksu karnego – zbrodnia szpiegostwa z zaostrzeniem kary dla żołnierza pełniącego służbę wojskową.

Dziewięć dni wcześniej Jarosław K. stał w centrum Warszawy, obok lidera prorosyjskiego, antyzachodniego ruchu „Rodacy Kamraci” Wojciecha Olszańskiego. Ubrany w czarny uniform przypominający policyjny, z furażerką na głowie i słuchawką w uchu, z napisem na plecach „Polska narodowa straż kamracka”. Obok transparenty „Deunizacja to wolność” i „To nie nasza wojna”. Skandowano „Śmierć wrogom ojczyzny”.

To nie jest przypadek. To jest obraz człowieka, który przez dwa lata nosił polski mundur, jednocześnie otwarcie sympatyzując z narracją Kremla.

Najpoważniejsze pytanie brzmi: jak to możliwe?

Jak żołnierz Obrony Terytorialnej – formacji, której sens istnienia opiera się na gotowości do obrony kraju przed agresją zewnętrzną – mógł przez tak długi czas jawnie głosić poglądy prorosyjskie i antyukraińskie, bez żadnej reakcji ze strony dowództwa i służb?

Z opinii osób, które go znały, wynika, że Jarosław K. nie ukrywał swoich przekonań. Na demonstracjach prawicowych, w rozmowach, w mediach społecznościowych konsekwentnie powtarzał tezy kremlowskiej propagandy: że Rosja walczy z „ukraińskim nazizmem”, że Unia Europejska „dławi Polskę”, a prawdziwe zwycięstwo w II wojnie światowej należy świętować 9 maja, tak jak w Rosji.

Mimo to przez dwa lata nikt w WOT nie uznał tego za problem na tyle poważny, by zweryfikować jego lojalność.

To nie jest tylko sprawa jednego szeregowca. To jest pytanie o stan bezpieczeństwa wewnętrznego w formacjach obrony terytorialnej. O jakość weryfikacji ideowej i psychologicznej żołnierzy. O to, jak głęboko prorosyjskie nastroje zdołały przeniknąć do struktur, które mają bronić Polski przed rosyjską agresją.

Artur Z. nie był „skrajnym patriotą”, jak próbują go przedstawiać niektórzy znajomi. Był człowiekiem, który otwarcie sympatyzował z państwem prowadzącym wojnę przeciwko Ukrainie – państwu, z którym Polska jest związana sojuszami i które w razie konfliktu stałoby się naszym bezpośrednim zagrożeniem.

System dopuścił, by ktoś taki nosił polski mundur, miał dostęp do sprzętu łączności i – teoretycznie – mógł przekazywać informacje.

To nie jest błąd personalny. To jest systemowa luka, którą trzeba jak najszybciej załatać.

Sprawa Jarosława K. powinna stać się katalizatorem poważnej, głębokiej weryfikacji w całym Wojsku Polskim – szczególnie w WOT, gdzie rekrutacja jest masowa, a kontrola ideowa i bezpieczeństwa często bywa powierzchowna.

Bo jeśli jeden żołnierz z takimi poglądami mógł przez dwa lata funkcjonować bez problemu, to ile ich jeszcze chodzi w mundurach?

Czas przestać udawać, że problem nie istnieje.