16 kwietnia 2026 roku na torach kolejowych niedaleko Susza doszło do tragedii, której można było uniknąć. 14-letni Mateusz z Karolewa popełnił samobójstwo, rzucając się pod pociąg Pendolino. Chłopiec nie wytrzymał wielomiesięcznego, systematycznego dręczenia przez rówieśników.

Z ustaleń, które trafiły do prokuratury i mediów, wynika jednoznacznie: dramat trwał od dawna. Mateusza prześladowano głównie z powodu odstających uszu. Nazywano go „elfem z wielkimi uszami”, robiono z jego zdjęć memy, które krążyły po klasie i całej szkole. Jeden z kolegów wiódł prym w tym okrucieństwie – reszta mu wtórowała. To nie była „dziecięca zabawa”. To była zaplanowana, długotrwała przemoc psychiczna, wzmocniona przez media społecznościowe.
Rodzice Mateusza wielokrotnie zgłaszali sprawę nauczycielom i dyrekcji szkoły. Alarmowali, że syn jest upokarzany, izolowany i coraz bardziej załamany. Reakcji nie było. Albo była tak słaba, że nic nie zmieniła.
Gdzie była odpowiedzialność dorosłych?
To pytanie zadaje sobie teraz cała Polska.
Gdzie była wychowawczyni klasy?
Gdzie był pedagog szkolny?
Gdzie była dyrekcja, która ma obowiązek chronić każdego ucznia?
W polskim prawie oświatowym (ustawa Prawo oświatowe oraz rozporządzenie MEN) szkoły mają jasny obowiązek reagować na każdy przypadek bullyingu. Powinny natychmiast uruchomić procedurę antymobbingową, powiadomić rodziców dręczycieli, a w skrajnych przypadkach – policję. W przypadku Mateusza nikt tego nie zrobił skutecznie.
To nie jest jednostkowy błąd. To systemowy problem polskiego szkolnictwa. Według danych Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę i badań CBOS z 2025 roku, ponad 40% uczniów szkół podstawowych i ponad 30% gimnazjalistów doświadcza regularnego dręczenia. W erze TikToka i Instagrama upokorzenie rozprzestrzenia się błyskawicznie i nie znika po dzwonku na przerwę. A szkoły nadal działają jak w latach 90. – brak procedur, brak szkoleń dla nauczycieli, brak realnych narzędzi prawnych.

Ile jeszcze Mateuszów musi zginąć?
Niestety, ta tragedia nie jest pierwsza. W ostatnich latach mieliśmy już kilka głośnych przypadków samobójstw nastolatków spowodowanych bullyingiem (m.in. w Poznaniu, Krakowie i na Pomorzu). Za każdym razem słyszeliśmy te same słowa: „rodzice zgłaszali”, „szkoła wiedziała”, „nic nie zrobiono”.
To nie jest przypadek. To jest przyzwolenie na przemoc psychiczną. Nauczyciele często bagatelizują problem, bo „nie chcą konfliktów z rodzicami dręczycieli”. Dyrekcje boją się złej opinii szkoły. A ministerstwo edukacji wydaje kolejne okólniki, zamiast wprowadzić realne mechanizmy: obowiązkowe szkolenia antybullyingowe, anonimowe skrzynki zgłoszeń, szybką interwencję psychologiczną i kary finansowe dla szkół, które lekceważą zgłoszenia.
Mateusz nie był „za słaby”. To system był za słaby, żeby go ochronić.
Czas przestać udawać, że to tylko „problemy młodzieży”.
To jest kryzys odpowiedzialności dorosłych w polskich szkołach.
Teraz prokuratura bada sprawę. Ale prokuratura nie uratuje już Mateusza.
Pytanie brzmi: ile jeszcze dzieci musi umrzeć, żebyśmy wreszcie wyciągnęli wnioski?